Monday, 3 January 2011

noworocznie

Tym razem Nowy Rok zaskoczył mnie na ziemi ojczystej...
Zaskoczył? Tak, w powyższym zdaniu celowo napisałam "zaskoczył". Ostatnio wszystko wszystkich zaskakuje: zima, śnieg, linie lotnicze i pe-ka-pe. Więc i Nowy Rok może zaskoczyć, czyż nie? Zwłaszcza jeśli sylwestrowa noc okazuje się totalnie spontaniczną, jak za dawnych dobrych czasów. Tyle na temat zaskoczeń.
A Nowy Rok w Polsce? Biało, biało, biało... Dwucentymetrowy śnieg, który straszy wszystkich w Edynburgu to nic w porównaniu z białą pieżynką jaką przykryta jest Polska cała. Tu śnieg jest wszędzie i nic nie zanosi się na to, żeby miał niedługo zniknąć. Wygląda to pięknie, ale nieco utrudnia przemieszczanie się przestrzenne. Czasami nawet nieco znacznie utrudnia. Jednak Polakom to i zima niestraszna! Grozą brzmią komunikaty radiowe o powrotach z Sylwestra i o tym co dzieje się na dworach pe-ka-pe, ale podróżnych pełno. Słyszę, że gdzieś na jakiejś stacji podróżni oczekujący na opóźniony 40 minut pociąg nie mogli do niego wsiąść, gdy ten w końcu nadjechał, gdyż po prostu nie było miejsc. Nawet na korytarzu. Fizycznie nie dało się wsiąść do pociągu. Z kolei w innym mieście miał zostać doczepiony dodatkowy wagon, ale wagonów już zabrakło i nic nie doczepiono. Już nie mówiąc o parogodzinnej podróży na korytarzu pociagu, który ma parogodzinne opóźnienie, a podróżni chyba powinni się cieszyć, że w ogóle do pociągu wsiedli i że ten pociag, powoli bo powoli, ale jedzie. I tego typu historie...
Ale jak to komentują media? Powiedziałabym, że jest to coś w stylu ogromnego zrozumienia dla podróżnych i stosu pytań do pe-ka-pe, co zamierza zrobić, by rozwiązać zainstniały problem. Zupełnie inaczej niż media brytyjskie nawołujace, by pozostać w domu i call off all the unnecessary journeys.
Najbardziej jakoś przypadło mi do gustu to określenie unnecessary journeys (podróże niekonieczne czy też obligatoryjne). Doskonale pamiętam moment, kiedy zastanawiałam się czy mój wyjazd na święta bożonarodzeniowe do Polski jest podóżą konieczną czy też niekonieczną. Gorąco namawiana przez komunikat na stronie internetowej linii lotniczych, w których wykupiłam bilet, do tego by nawet nie pojawiać się na lotnisku tylko kliknąć tam gdzie trzeba i anulować całą rezerwację, wpatrywałam sie w moją do połowy spakowaną walizkę. I wtedy zrozumiałam tą irracjonalną konieczność podróży na święta tkwiącą w nas Polakach, zwłaszcza tych stęsknionych za domowym ciepłem w mroźną zimę. Okazało się także, że konieczność tą rozumieją, albo chociaż skutecznie udają, że rozumieją, pracownicy innych linii lotniczych, którzy na pokładzie samolotu lecącego z Glasgow do Berlina podają komunikaty w języku polskim.
Bo polskie święta mają swój niepowtarzalny klimat i nawet jeśli dobrze nam z dala od domu, w te świeta coś nas do domu ciągnie. Myślę, że to coś niezwykle pięknego i bezcennego. I choć czasem drogi są nieprzejezdne, lotniska zamknięte, a pociągi opóźnione o parę godzin, to jakoś dajemy radę dotrzeć na święta do domu rodzinnego i cieszyć się ze wspólnie spędzonych chwil. Nawet tych krótkich. Jeśli chodzi o polskie świeta bożonarodzeniowe to potrafimy dopiąć swego i znaleść sie we właściwym miejscu o właściwym czasie. I w takich właśnie chwilach jestem z nas, Polaków dumna. Jestem z nas dumna, bo potrafimy dopiąć swego mimo przeciwnościom losu!
I takiej właśnie pozytywnej zawziętości w realizacji celów i wiary w to, że nam się uda w tym Nowym 2011 Roku nam Polakom życzę!

Saturday, 4 December 2010

bajka o Pani Zimie, Królowych Śniegu i Szkotach w podkoszulkach

Przyszła nagle i niespodziewanie. Zaskoczyła kierowców, podróżnych, dzieci w szkołach, cyklistów i właścicieli drobnych biznesów. Przykryła miasto białą, puchatą kołdrą... Rozkazała zamknąć szkoły i lotniska. Wzbudziła jednocześnie powszechną panikę i sentymentalny zachwyt. Pozwoliła jednocześnie siebie wielbić i przeklinać, kochać i nienawidzić...
Biała, mroźna, nieprzejednana i piękna... Pani Zima.

To było w ubiegłą sobotę. Pruszył śnieg... Właściwie to sypał hojnie pożądnymi białymi płatami. Oświetnił ciemnoście niemal nieustannie trwającej tu nocy. Sparaliżował miasto totalnie nieprzygotowanych na to wszystko ludzi. I w takich oto okolicznościach dane mi było wracać do domu... Żadnej taksówki. Na ulicach tłumy lokalnych piękności w sandałkach na szpilce i dżentalmenów w samych koszulach. I dwie Królowe Śniegu w płaszczach i butach z cholewami... Nie wiem jak to się stało, ale jakoś jeden z wspomnianych wyżej dżentelmenów rozpoczął konwersację z Królowymi Śniegu, gdzieś na którymś z zasypanych białym puchem chodników. Podczas konwersacji tej padło obowiązkowe pytanie: "Skąd jesteście?", na co jedna z Królowych Śniegu odrzekła: "North Pole" (z bieguna północnego), co brzmi niemal jak North Poland (z północnej Polski) i uśmiechnęła się mróżąc zaśnieżone powieki...

Może to tylko gra słów, a może jest w tym coś głębszego. Czy my Polacy jesteśmy faktycznie tak na zimę przygotowani czy tylko nam się tak wydaje? Ogarniający cały Edynburg i resztę wysp ogólnoobowiązujący wszechparaliż wszystkiego z powodu paru centymetrów śniegu i temperatury dwie kreski poniżej zera, wzbudza w nas Polakach lekkie zdziwienie. Nie da się ukryć, że uśmiechamy się z lekkim politowaniem i mówimy: "Och, zmia ich zaskoczyła". Bo przecież jak spadł snieg to po prostu wyciągnęłam z szafy ciepły płaszcz, buty i rękawice i dalej przed siebie. W torbę spakowałam luźne spodnie i butelkę mineralnej i lecę na moje cotygodniowe zajęcia z tańca, bo czym okazuje się, że zajęcia odwołane, bo zamknęli szkołę z powodu śniegu. Przecież to jakiś żart!
I tak jeszcze mogłabym tu rozkminiać o tym, że oni tu nie znają opon zimowych, a mieszkańcy mojego osiedla nie widzą co to znaczy "odśnieżanie". Tak oto uformowała się magiczna ślizgawka prowadząca z mojego domu na przystanek, a auta stoją na ulicach pokryte białym puchem. Autobusy jeżdżą jeszcze bardziej niż zwykle po swojemu, a na mieście nie da się złapać taksówki. Szef narzeka, że niski utarg, bo ludzie siedzą w domach, nie chodzą do pracy i nie przychodzą do naszego raju limonkowego po pyszną zupę z marchweki, pomidora, soczewicy czy czegoś tam jeszcze. To znaczy mówiąc dokładnie, nie przychodzą tak liczne tłumy jakie miały w zwyczaju przychodzić zanim do Edynburga zawitała Pani Zima.
I tak dalej i tak dalej. Mówiąc krótko Pani Zima okrótna i zła a zarazem piękna rządzi nieprzejednanie i chyba na nic zdałyby się protesty przeciw tym rządom. Zresztą wiemy, że każda dyktatura w końcu upada, więc może zamiast marudzić na nieprzejezdne ulice i zamknięte lotniska lepiej złapać sanki, łyżwy czy narty i dać się porwać na białe szaleństo?!

Saturday, 6 November 2010

"I co, podoba ci się w Edynburgu?"

Piątkowy albo sobotni wieczór. Wracam do domu taksówką z udanej potańcwóki w tutejszym Bongo Club albo Sneaky Pete's. Pan taksówkarz jak zwykle niezwykle rozmowny. Wierzcie mi lub nie, ale zawsze trafiam na rozmownych taksówkarzy. Taka moja karma. W pewnym momencie rozmowy pada to banalne pytanie: "A skąd jesteś?" Chyba nigdy nie nauczę sie szkockiego akcentu, więc póki mieszkam w Edynburgu zawsze będą mi to pytanie zadawać. Odpowiadam miło, że z Polski, z północnej Polski... Lat w Edynburgu mieszkam tyle a tyle i mam tu masę znajomych... I wtedy pada moja najulubieńsze ze wszystkich pytań: "Do you like it here?" w wolnym tłumaczeniu: "Czy ci się tu podoba?". I wtedy nawet jeśli przez cały dzień marudziłam na edynburską pogodę, nie chciało mi się wstać do pracy i wszyscy dookoła mnie irytowali, odpowiadam, że tak, że bardzo mi się tu podoba, bo Edynburg to bardzo piękne miasto. Mówię tak nawet jeśli tego właśnie dnia spotkałam znajomą, z którą wspólnie narzekałałyśmy, że mamy już dość Szkocji, Edynburga i życia tutaj i że chyba już czas wracać do Polski. Mówię tak, nawet jeśli przez cały ubiegły tydzień sprawdzałam promocje ryanaira i zastanawiałam się, gdzie by tu się wyrwać, żeby odpocząć od tego miasta. Mówię tak nawet jeśli w statusie na fejsbuku umieściłam coś w stylu: "Zabierzcie mnie stąd!!"... itd.
Ale kłamię, co?!
Jak z nut!
Albo może inaczej: zasymilowałam się po prostu z tutejszymi, czyli po naszemu przejęłam miejscowe zwyczaje i jest mi z tym dobrze. Bo dla mnie to już stało się oczywiste, że gdy ktoś pyta "How are you?" odpowiem "fine" albo "good", w najgorszym wypadku "not too bad". A zatem gdy ktoś pyta "co u ciebie?" odpowiadam, że wszystko okej i wychodzę na nudziarę, bo nie ponarzekam sobie na to i na tamto. Bo ponarzekam i pomarudzę, ale nie każdemu i nie w każdej sytuacji. Po co zatruwać wszystkich dookoła moimi problemami?! Zwłaszcza osoby, które ledwo znam, mijam właśnie na ulicy i każdy spieszy się w swoją stronę...
Przynać muszę, że tego nauczyłam się od Brytjczyków. Tego i tej takiej uprzejmości, przyklejonego uśmiechu i drugiej twarzy. Bo jak się dobrze zastanowić i pomysleć... czy klient, któremu sprzedaję kawę, gazetę, perfumy czy samochód, jest winien temu, że pada dziś deszcz i cała zmokłam czekając na autobus? Więc wolę już przykleić usmiech, ryzykując kolejne zmarszczki, i udawać, że jest super, niż rozsiewać złą energię. Może i to nieszczere trochę, ale czasami się przydaje.
Tak samo z taksówkarzem. Czy ja mam mu zaraz opowiadać całą historię swego zycia i wyjaśniać dlaczego dziś nie lubię Edynburga, a wczoraj lubiłam? Nie chce mi się. Po prostu. I bynajmniej nie uważam, że podsycam małą kłamczuchę tkwiącą we wnętrzu mnie, kiedy na pytanie: "Do you like living in Edinburgh?" odpowiadam "Yes, I really like it a lot!"
I przyznam, że czasami te słowa są magiczne i pozwalają mi na nowo polubić Edynburg i cieszyć się z tego, że teraz jestem właśnie tu.

Tuesday, 26 October 2010

re-emigracja: za a nawet przeciw

Lata temu, kiedy byłam jeszcze piękna i młoda i pisałam moją pracę magisterską non omen o emigrantach polskich spotkałam się z takim oto bardzo polskim terminem jak "re-emigracja". Czyli tacy co to niby wracają do ojczyzny, ale znowu muszą się przystosować do nowej rzeczywistości. Zresztą to swego czasu był, a może i nadal jest, dość nośny temat w polskiej prasie. Pamiętam jak za danych dobrych czasów jadąc warszawskim metrem czytałam sobie kiedyś któryś z popularnych w Polsce tygodników. I był tam taki artykuł o takich co to pojechali na Wyspy szukać szczęścia, a jak już znaleźli co chcieli albo to co im było dane, to stwierdzili, że wracają do Ojczyzny. Bo na pewno tam wszyscy czekają z otwartymi ramionami. A jak wrócili to się okazało, że wcale tak nie jest. I że teraz znowu wszystko trzeba zaczynać od nowa... W naszej Polsce.
Artykuł raczej zdawał się ściągać niepoprawnych optymistów na ziemię, żeby nie powiedzieć, że wiał pesymizmem.
Artykułów w takim klimacie było sporo. Nie wiem ile, bo nie mogłam już ich więcej czytać. Za bardzo bolała mnie od tego głowa. Za bardzo chciałam wierzyć, że będzie pięknie. Bo przecież każdy popełnia błędy, ale nikt chyba nie komplikuje sobie życia specjalnie, świadomie i z zamysłem, żeby było jak najtrudniej.

Zatem zapomniałam o pesymistycznych artykułach i teoriach re-emigracji i znalazłam się w Edynburgu nie zastanawiając się za bardzo nad tym co dalej. I kiedy to już minął rok od mojej ostatniej wizyty w Polsce, postanowiłam "powrócić na Ojczyzny łono"... Bzdura! Gdzie tam zaraz powrócić!? Nie było mowy o powracaniu. A już na pewno nie tym razem. W dobie tanich linii lotniczych polski emigrant może pozwolić sobie na coś, co skrótowo nazwę "obczajką". Nie jest to termin naukowy, więc nie wymaga on żadnej definicji. Ale żeby była jasność... Stwierdziłam, że pojadę do Polski na wakacje i zapytam się ludzi jak się teraz żyje w kraju. Pomysł zupełnie do bani, bo zapytać to można i na fejsbuku. Dlatego szybko dokonałam re-definicji "obczajki": poobserwuję sobie kątem oka i wszytkie informacje i opinie podzielę przez wspólny mianownik.
No i tak oto już drugiego dnia pobytu w ojczyznie w mojej głowie powstała całkiem duża lista, którą mogłabym zatytułować: "Powrót do Polski: za a nawet przeciw". Żałuję, że nie zaczęłam spisywać na bierząco...
Szło mniej więcej tak:
- ceny kaw w kawiarniach, pociągach i na lotnisku - wielki ogromny minus (w wolnym przeliczniku: jak pracuję w Polsce za bliżej nieokreśloną ale niską stawkę w ciągu godziny zarobię sobie na jedną kawę, albo i to nie, a tu w Szkocji pracując za minimalną w godzinę zarobię na trzy kawy. Dla takiej kawoszki jak ja to bardzo istotne kryterium.)
- grzane piwo w knajpie - duży plus, zwłaszcza gdy zimno i pada (to z kolei minus, ale w Szkocji nie lepiej)
- gdy po udanym wieczorze w knajpie wracam do domu i ściągam ubranie nawet gacie śmierdzą fajkami... - koszmar... znowu minus
- ogromne kosze pełne pysznych jabłek u moich rodziców w garażu... tak dobrych to tu nawet w tych tzw. ekologicznych sklepach nie ma - duży plus

No i tak jeszcze dużo więcej... Takich rzeczy istotnych niby, ale w gruncie rzeczy drobnostek. Bo te wszystkie kawy, piwa i jabłka to się porównuje, marudzi się czemu jest tak a nie inaczej, ale koniec końców to nie one mają decydujący głos w wyborze miejsca dłuższego pobytu. Tylko co?
No właśnie. To jest dopiero dobre pytanie. Dziesięć dni w Polsce nie wystarczyło, by na nie odpowiedzieć.
Czas pokaże czy dane mi będzie zostać "re-emigrantką"...

Sunday, 10 October 2010

ta nasza polska KULTura...

Dane mi było stawić się na piątkowym koncercie Kultu w edynburskim Liquid Roomie. Przypomniały mi się wtedy dawne dobre czasu studenckie, Juwenalia i koncerty w warszawskiej Stodole. Jednak piątkowe doświadczenie nie do końca wpisało się w pewne utarte schematy tkwiące w mojej głowie pod zakładką "koncert polskiej kapeli rockowej". Zaskoczenie numer jeden nastąpiło w momencie, kiedy zostałam na ten koncert zaproszona i zadałam bardzo konkretne pytanie: "a o której to?", na które to uzyskałam odpowiedź, że o 7.30. Co? O 7.30, tak wcześnie?! Tak. I w momencie kiedy ledwo przekraczyliśmy progi Liquid Roomu nastąpiło zaskoczenie numer dwa: koncert faktycznie zaczął się o 7.30. Podeszliśmy pod scenę, ale tak nieco z boku, bo przecież wiadomo, co dzieję się na polskich koncertach rockowych pod samą sceną... A może raczej chcieliśmy w spokoju wypić piwo. Bo szczerze mówiąc to już chyba zdążyłam zapomnieć co to jest pogo i wielka kotłowanina pod sceną, tudzież podnoszenie ludzi na rękach czy też wrzucanie ich na scenę. Zaskoczenie numer trzy dotyczy ochrony koncertu: oni totalnie byli zdezorientowani tym w jaki sposób Polacy bawią się na koncertach! Co to się w ogóle dzieje!? Stoi taki biedny security guard pod sceną i patrzy się z zaciekawieniem cóż to za dziwny taniec wykonuje ta polska publiczność... Czy coś się zaraz wydarzy... I wydarza się, o tak! Ktoś nagle ląduje na scenie. Ktoś z widowni. I tych trzech czarno ubranych biedaczków z opaską security na ramieniu wymienia spojrzenia i w jednym momencie rzuca się za delikwentem, żeby czym prędzej ściągąć go ze sceny. I jak się później dowiedziałam, niezwłocznie wywalić za drzwi. Gdyż powszechnie wiadomo, że w tym kraju takie zachowania niedopuszczalne są przez przepisy health & safety, o których tu się mówi na każdym kroku i stosuje się w każdej dziedzinie życia.
Przyznać muszę, że miałam trochę mieszane uczucia po tym koncercie. Z jednej strony ogromny sentyment i wspomnienie dawnych dobrych czasów, z drugiej zaś lekki niepokój, czy oni Szkoci nie uważają nas Polaków za jakąś bandę dzikusów , która lubi kotłować się na koncertach i wskakiwać na scenę, by znaleść się jak najbliżej ulubionego wykonawcy... Bo przecież na tutejszych koncertach rockowych to się ładni stoi pod sceną i co najwyżej można potupać sobie grzecznie w miejscu. Ale to my Polacy umiemy dobrze się bawić, tylko oni tego nie rozumieją. I dlatego tak dziwnie patrzą na stare dobre polskie pogo. No ale co tu dyskutować, co kraj to obyczaj przecież. Dla mnie zawsze istotny jest ten element poznawczy "a jak oni sie bawią?". I lubię te drobne różnice zauważać i przyjmować je jakimi są.
A jeśli chodzi o sam koncert Kultu... To była swego rodzaju podróż "w kraj lat dziecinnych" jak to kiedyś napisał poeta. Przynajmniej dla mnie. Ale przyznam, że nie będę zaskoczona, jeśli i ktoś z was poczuł lekką nutkę sentymentu...

Tuesday, 21 September 2010

pofestiwalowo

"Napisz coś, no napisz coś wreszcie..." dudni nieznośnie w mojej głowie od pewnego czasu ze zmienną, acz natężającą się częstotliwością. Bo tak: był Festiwal, słynny edynburski festiwal, o którym wypadałoby napisać. No właśnie... wypadałoby... Ale nie napisałam ani słowa na ten temat! I bynajmniej nie mam zmiaru karcić się za to ani obiecywać poprawy w roku następnym. Niech tak już pozostanie, Festiwal na moim blogu nie doczekał się jakiegokolwiek komentarza na bieżąco i w związku z tym nie doczeka się żadnych "achów i ochów" w miesiąc po. A w życiu!
Fakt faktem, kiedy tak sobie siedzę sama w moim pokoju popijając malinową herbatę i słuchając Sigur Ros i tak się zastanawiam co ja mam właściwie zrobić, dociera do mnie, że właśnie takich spokojnych wieczorów brakowało mi w tej sierpniowo - festiwalowej gonitwie... Za którą to teraz w pewnym sensie tęsknię.
Bo to jest właśnie charakterystyczne dla Edynburga: przez miesiąc to miasto nie jest normalne. Przez miesiąc to miasto żyje tempem dziesięciokrotnie szybszym niż przez pozostałe jedenaście. Przez miesiąc to miasto jest istnym koszmarem dla rowerzystów, którzy muszą przejechać przez tak zwane Mosty, że już o Royal Mile nie wspomnę. Przez miesiąc to miasto jest istnym rajem dla imprezowiczów, którzy mogą tańcować w klubach do piątej rano i wracać do domu kiedy świta. Przez miesiąc to miasto jest zapewnieniem bytu dla niejednej kanapkowni, pajolandii i tym podonych, w których to dzienny utarg przez ten jeden miesiąc równy jest tygodniowemu przez pozostałe jedenaście. Przez miesiąc to miasto jest stolicą swoistej mody, kreatywności i kiczu, w której nie istnieje stwierdzenie "tak ubrać się nie wypada", tu wszystkie kolory, kroje, świecidełka i stroje z epoki są dozwolone, a właściwie pożądane. Przez miesiąc w tym mieście wypada zainteresować się teatrem... Ale o tym pisać nie będę. Nie będę pisać o tym co wypada, a czego nie wypada robić. To wszyscy wiedzą.
Refleksja jest następująca: moi drodzy, jeśli chcecie zaprosić do Edynburga swoją rodzinę, przyjaciół, znajomych, żey zobaczyli jak wygląda nienormalne życie w tym mieście, zabukujcie im bilety rajanera na sierpień. Najlepiej już teraz, póki ceny są jeszcze niewysokie. Jeśli chcecie zaś pokazać im szarą codzienność i nudne, niespieszne życie, powiedzcie, że w sierpniu dostajecie tajemniczej gorączki i musicie zwalczać ją w słońcu tropików, a zatem w Edynburgu was nie ma. Istnieje wtedy szansa, że rodzinka odwiedzi was w jednym z pięknych pozostałych jedenastu miesięcy, kiedy to da się przez to miasto spokojnie przejść, zatrzymać się tam gdzie się chce i zwrócić uwagę na to, na co się chce.

Saturday, 31 July 2010

między brydżem a sambą...

Dane mi było spędzić niemal 10 dni nie mówiąc w ogóle po polsku! Ba! Mało to. Dane mi było należeć do reprezentacji Szkocji na międzynarodowym projekcie dla młodych wolontariuszy, idealistów i niepoprawnych optymistów. Jednak nie zachwyty o tym jak wspaniałych ludzi poznałam, a raczej zagadnienie tworzenia pewnej tożsamości (narodowej i nie tylko) ma być tematem numer jeden na dziś. Przynajmniej w tym poście.
Ach, te wieczory spędzane na grze w karty przy rytualnej cup of tea (oczywiście z dodatkiem mleka) w towarzystwie przede wszystkim, nazwijmy to dość ogólnie, reprezentacji brytyjskiej... Niezapomniane! Nie będę ukrywać, że bawiłam się świetnie. Jednak czasami musiałm odejść od stolika i udać się do sali na górze, gdzie trwało szaleństwo na parkiecie przy rytmach afrykańskich, hiszpańskich i innych, równie gorących. I też się dobrze bawiłam. Więcej nawet, pozwalałam uwolnić się tej energii, która nie mogła we mnie usiedzieć przy karcianym stoliku.
Któregoś wieczoru dotarło do mnie, że tak naprawdę to wciąż dryfuję między brydżem a sambą...

Biorę teraz do ręki globus i maluję na nim taki obrazek: na tych wyspach na północy, gdzie mimo wszystko wciąż mieszkam, siedzi sobie paru gości w pubie przy pint of lager i niech już będzie kartach czy czymś w tym rodzaju. Potem kieruję się trochę na południe, do kraju na półwyspie i maluję roztańczoną, rozśpiewaną fiesta, fiesta, fiesta... Potem zaś kieruję się trochę na wschód, do kraju nad Vistula River...
Tu nic nie namalowałam. Tu się zaczynam zastanawiać...
Nie tylko nad tym, co namalować. Bardziej nad tym, czym jest dla mnie ten kraj, w którym nie byłam już niemal od roku. Jak widzą nas Polaków? Co jeszcze, oprócz wódki, się kojarzy z Polską? Wódki, katolicyzmu i Solidarności... Kiszonych ogórków, disco polo i niskich zarobków... Zimy z tonami śniegu i złotej polskiej jesieni?
Czy można opisać coś takiego jak "polski temperament"? Czy jesteśmy bardziej jak ludzie z północy czy z południa? Czy może to jest jakiś zupełnie inny styl życia, tylko że ja już o nim zapomniałam i nie wiem, jak go opisać... Czy będąc tu, na emigracji, przejmujemy brytyjski styl życia czy raczej zachowujemy zwyczaje przywiezione z Polski? A może chcielibyśmy żyć jak Brytyjczycy, ale grubość czy raczej cienkość portfela nam na to nie pozwala? A może tworzymy tu jakąś nową jakość, z jednej strony przejmując tutejsze zwyczaje i zachowania, a z drugiej zachowując co polskie?
Och nie! Czyżbym znów zaczynała myśleć dwubiegunowo? Polskie czy brytyjskie? Wracać do Polski czy zostać w Edynburgu? I tak ciągle... Jakby to była jedyna możliwa alternatywa. Tymczasem kiedy tak dryfowałam między sambą a brydżem dostrzegłam, że istnieje całe spectrum możliwości, wyborów i stylów życia. I że nie muszę podpisywać się pod etykietką "polskie" czy "brytjskie". Mogę być i tu i tam i w jeszcze nie wiem ile zupełnie różnych miejscach i znaleść coś dla siebie, oczywiście pod warunkiem, że mam w sobie tą odrobinę otwartości...
Tak więc, moi drodzy, zdradzę wam sekret. Otóż ostatnimi czasy kołatające z niepokojem w mojej głowie pytanie: "wracać do Polski czy zostać w Edynburgu?" zastąpiła istna burza mózgu na temat tego, co chciałabym robić w życiu i co w związku z tym. Nie powiem więcej. Będą kolejne posty...